- W Libercu człowiek potyka się o wspólną
czesko-niemiecko-żydowską przeszłość. Trudno mi sobie dziś wyobrazić kulturę
mojego kraju bez tych wpływów. Osobiście brakuje mi dziś bardzo w Czechach tej
różnorodności – mówi Radoslav Rudis, autor „Grandhotelu”, powieści, którą
wydało wrocławskie wydawnictwo Good
Books.
Jaroslav Rudis był we Wrocławiu gościem grudniowych
Wrocławskich Promocji Dobrych Książek. Niebawem może być o nim głośno, bo
filmowa adaptacja kultowego komiksu „Alois Nebel”, którego jest współautorem
wraz z Jaromirem 99 została czeskim kandydatem do Oscara. Film opowiada
historię Nebela - dyspozytora na małej stacji kolejowej w Bílý Potok. Jest
samotnikiem, który czyta stare rozkłady jazdy pociągów. Na świat patrzy z
perspektywy „kolejowej filozofii”,
dostrzega także pociągi, które dawno odjechały w przeszłość. Czeska
Akademia Filmowa i Telewizyjna wybrała film spośród 38 tytułów, które miały
premierę pomiędzy 1 października 2010 a 30 września 2011. W lutym przekonamy
się czy film „Alois Nebel” w reżyserii Tomasa Lunaka powtórzy sukces „Pociągów
pod specjalnym nadzorem”.
Agnieszka Kołodyńska: Czesi czytają najwięcej w Europie.
Ostatnio w badaniach wyszło, że statystyczny Czech czyta 17 książek rocznie, a Polak sześć. Chyba
dobrze być pisarzem w Czechach?
Jaroslav Rudis: (śmiech): Nie wiem, jak to jest w Polsce,
ale Czesi rzeczywiście dużo czytają. W latach 60. ubiegłego wieku pisarze w
Czechach byli wielkimi gwiazdami. Teraz już tak nie jest. Pamiętam opowieści
Hrabala o tym, jak ludzie rozpoznawali go na poczcie i prosili o autografy, a
przecież świat nie był wtedy tak zdominowany przez media. Wydaje mi się, że
jednak są zawody dużo bardziej opłacalne niż pisarz. Znam wielu ludzi, którzy
pisarstwo porzucili dla agencji reklamowych, bo z tego łatwiej im żyć. Nie
piszą już opowiadań, lecz slogany reklamowe. Żyję z pisania, ale nie tylko
piszę książki, pracuję w zespołach, które tworzą dla radia, dla filmu i teatru.
Poza tym moje książki wychodzą w Niemczech, piszę też na zamówienia niemieckich
mediów. Nie wiem jednak, czy tak samo będzie za rok, czy za dwa lata...
Fleishman, bohater powieści „Grandhotel” mieszka w Libercu,
w mieście na granicy czesko-polsko-niemieckiej. Nie może opuścić swojego
miasta, bo paraliżuje go przeszłość. Jak dziś Czesi odnoszą się do tematu
Niemców Sudeckich?
- Fleishman jest na
rozdrożu życiowym. Przeszłość tego miasta, historia, traumy rzeczywiście go
wiążą. Dopiero niebo i poruszające się na nim chmury wnoszą ruch do jego życia.
Dla mnie właściwie jest to powieść o niemożności odcięcia się od własnych
korzeni, a to jest spory problem w Czechach. Jest to też opowieść o Czechach i
o Niemcach Sudeckich. Ten temat przez długi czas nie był w Czechach w ogóle
poruszany. Przed rokiem 1989, przed Aksamitną Rewolucją, Czesi zachowywali się
tak, jakby na tych ziemiach nigdy nie mieszkali ani Niemcy ani Żydzi. Uczono w
szkołach, że Niemcy pojawili się tu z nazistami, a przecież byli na tych
ziemiach od średniowiecza. Szczególnie w Libercu człowiek potyka się o wspólną
czesko-niemiecko-żydowską przeszłość. Trudno mi sobie dziś wyobrazić kulturę
mojego kraju bez tych wpływów. Naturalnie stosunki między tymi nacjami bywały
bardzo napięte, szczególnie na początku ubiegłego wieku i w czasie II wojny
światowej. Osobiście brakuje mi dziś bardzo w Czechach tej różnorodności
kulturowej. Jesteśmy homogenicznym krajem i przez to trochę nudnym. W dodatku
Czesi są zachowawczy, z dystansem traktują inne kultury i zwyczaje, tak jakby
bali się ludzi mówiących w innych językach. Dlatego niezwykle ciekawym zadaniem
było zbieranie tych porwanych nici historii. Chodziłem po Libercu, oglądałem
stare poniemieckie domy, czytałem niemieckie napisy, zastanawiałem się, jacy
ludzie tam mieszkali, jak im się żyło... Tę przeszłość doceniają filmowcy –
Liberec gra w filmach m.in. Wiedeń.
„Grand hotel” został przeniesiony na ekran, ale nie jest
to w ogóle wierna adaptacja. Takie było zamierzenie, czy to przypadek?
- Reżyserowi filmu
Davidowi Ondrickowi bardzo spodobała się moja książka „Niebo pod Berlinem” i
zapytał mnie, czy nie mam czegoś podobnego w szufladzie. Miałem dopiero
początek opowieści o mężczyźnie, który nie jest w stanie opuścić swojego
miasta. Pokazałem mu to, a on poprosił mnie, żebym napisał na tej podstawie
scenariusz filmu. Okazało się to dla mnie bardzo trudnym zadaniem, bo
scenariusz tworzy się w bardzo dokładny sposób, to zupełnie jak praca przy
taśmie w fabryce samochód – poszczególne elementy muszą do siebie dokładnie
pasować. Nie znałem się zupełnie na tym, bo nie studiowałem scenopisarstwa i
zawsze pisałem bardzo spontanicznie. Pierwsza wersja scenariusza była mocno
literacka, miała ponad 300 stron i brakowało w niej filmowego myślenia obrazem.
Film i książka różnią się od siebie, choć występują w nich te same postaci.
Książka jest bardziej opowieścią o walce z samotnością i jej pokonywaniu, a
film jest historią o miłości, o jej poszukiwaniu. W filmie nie da się
opowiedzieć wszystkiego, bo ogranicza go czas ekranowy, a w książce mogłem
opisać całe życie Fleishmana.
Fleishman jest pasjonatem chmur, wie o nich wszystko, cały
czas obserwuje niebo. Pan też ma takie zainteresowania?
- Obserwuję niebo i pogodę, ale chyba wiele osób to też robi
(śmiech). To jedna z rzeczy, obok miłości, na którą w tym stechnologizowanym
świecie nie mamy wpływu. Wprawdzie meteorolodzy mają komputery i stacje
pomiarowe to i tak są omylni, a pogoda ich zaskakuje. Podobnie z miłością –
wychodzi mnóstwo książek, poradników, są psychologowie specjalizujący się w
związkach, a miłość nadal jest tajemnicą.
Mieszkając w Libercu nie da się nie obserwować pogody i nieba. To specyficzne
miasto, w którym ciągle pada, przechodzą burze, kłębią się chmury. Pogoda
wprowadza tam melancholijną atmosferę. Za tymi chmurami ukryta jest historia. W
Europie Środkowej niestałość pogody jest bardzo charakterystyczna, pogoda jest
zmienna zupełnie, jak dzieje tej części świata – przesuwały się tu granice,
przemieszczali się ludzie... Zupełnie jakby pogoda była odbiciem tych zmian, a
może zmiany wpływają na pogodę?
Atmosfera Grandhotelu skojarzyła mi się z „Czarodziejską
góra” Tomasza Manna. Mieszkańcy przypominają pensjonariuszy sanatorium, mają
swoje tajemnice, problemy...
- Ostatnio ktoś mi mówił,
że „Grandhotel” kojarzy mu się z „Zamkiem” Kafki. Być może rzeczywiście hotel
na szczycie góry ma coś z „Czarodziejskiej góry”. To miejsce nienamacalne,
odrealnione, w którym mieszkają bardzo dziwni ludzie. Żeby dostać się na górę
trzeba zawsze wykonać wysiłek. Kiedy już tam człowiek się dostanie, to czuje się
niesamowicie, ze szczytu góry widzi cały Liberec, ma go u swoich stóp. To
świetne miejsce do prowadzenia obserwacji i do spojrzenia na miasto z dystansu.
Czasami zdarza się, że chmury zasnuwają cały widok, albo układają się poniżej
szczytu, wtedy zamiast widoku Kotliny Czeskiej widać morze chmur i jest się
zupełnie oderwanym od rzeczywistości.
Idealne miejsce dla Fleishmena. Dlaczego przez całą
powieść Pana bohater jest bezimienny?
- Chciałem pokazać, że los źle go traktuje, że wszyscy mówią
do niego po nazwisku i nikogo nie interesuje jak ma na imię. Kiedy w końcu
okazuje się, że ma na imię Vlastimil (vlast to ojczyzna), to ono przywiązuje go
jeszcze bardziej do tej ziemi i korzeni. Rezygnując z imienia próbował odciąć
się od swojej przeszłości i rodziny. Fleishman wierzy, że imiona i nazwiska nie
są przypadkowe, że wiele o nas mówią. Zastanawiam się wciąż czy lubię, czy
nienawidzę mojego bohatera. Z pewnością nie chciałbym się z nim przyjaźnić, bo
on chyba jest wariatem i pechowcem. Na szczęście uda mu się opuścić w końcu to
miasto, ale nie wydaje mi się, żeby on dobrze skończył.
Rozmawiała Agnieszka Kołodyńska
fot. Tomasz Walków