O
pisaniu horrorów, tworzeniu autonomicznych światów, o śmierci i o fascynacji
grozą z Łukaszem Śmiglem, wrocławskim pisarzem, autorem m.in. zbioru opowiadań „Demony”
i wydanej niedawno powieści „Decathexis” rozmawia Agnieszka Kołodyńska.
Agnieszka Kołodyńska:
Debiutował Pan zbiorem opowiadań grozy „Demony”, potem wyszła powieść
obyczajowa „Muzykologia”, teraz ukazał się horror „Decathexis”. Lubi Pan
zmiany, czy szuka gatunku literackiego, w którym poczuje się najlepiej?
Łukasz Śmigiel: Próby
gatunkowe są po prostu sposobem na szkolenie warsztatu. Kiedy zaczynałem pisać
interesowało mnie opowiadanie ciekawych historii. Anglicy określają to terminem
storytelling. Uwielbiam za tę umiejętność brytyjskich pisarzy. Takimi
storytellerami są np. Neil Gaiman, czy Kingsley Amis, który potrafił napisać
„Zielonego człowieka”, gotycką powieść grozy a także „Jima Szczęściarza”
komedię obyczajową. W „Demonach” też są bardzo różne opowiadania: i hard sf, i
dark fantasy, urban fantasy. Ten zbiór był zróżnicowany i jednocześnie stał się
punktem wyjścia do napisania powieści obyczajowej. Nigdy jednak nie chciałem
rezygnować z klimatów grozy.
Pisząc horror łatwo przesadzić i popaść w
śmieszność Jak więc straszyć, a nie rozśmieszać czytelnika?
- Nie jest to łatwe.
Jeżeli grozy nie osadzi się w dostatecznie wiarygodnych realiach to nikogo się
nie przestraszy. Nie chcę jednak sięgać po chwyty, które już wykorzystują inni
pisarze. Niektórzy autorzy wpadają w obsesję operowania strasznym klimatem
gore: opisują krew i flaki. Graham Masterton znany jest z tego, że w ten sposób
osiąga potrzebny mu efekt. Z kolei jego przeciwieństwem jest Stephen King, który
zawsze musi najpierw zbudować wizerunek małego miasteczka, wszystkich postaci a
potem robi „wielkie boom”. Chciałem być gdzieś pośrodku tego wszystkiego. Spędzam
wiele czasu na rozmowach ze starszym rodzeństwem, które wychowało się na
miesięczniku „Fantastyka”. Mój straszy brat zawsze mi powtarzał: młody staraj
się zawsze wymyślać całe światy, bo dzięki temu możesz wymyślać cykle, a jak
wymyślisz dobry cykl to możesz się go trzymać już przez dłuższy czas.
Stąd pomysł na świat, w którym obowiązującą religią
jest śmierć?
- David
Lodge w powieści „Terapia” wyposażył swojego bohatera w cechę, która absolutnie
zapadła mi w pamięć. Lodge nazywał to looking
up. Za każdym razem, kiedy ten bohater coś usłyszał lub zobaczył, a tego
nie znał - musiał to zaraz sprawdzić. Kupował encyklopedie, książki, szukał
wyjaśnień. Zacząłem wiele lat temu zastanawiać nad tym, o co chodzi w wielu
przyjmowanych za oczywiste sprawach. Dlaczego ludzie wierzą w to co wierzą?
Dlaczego bez zastanowienia przyjmują różne obrządki, w tym pogrzebowe? Dlaczego
na pogrzeby ubieramy się na czarno, dlaczego sypiemy garstkę ziemi na trumnę,
dlaczego przynosimy na cmentarz te, a nie inne kwiaty. Najpierw tych odpowiedzi
szukałem dla samego siebie, bo bardzo przeżyłem pogrzeb mojego dziadka. W ten sposób
trafiłem na całe mnóstwo literatury antropologicznej. Pomyślałem, że
wykorzystam to, o czym tyle czytałem i może uda mi się wykreować jakiś świat.
Wtedy podjąłem próbę i napisałem opowiadanie „Decathexis”. Szalenie spodobało
się czytelnikom. Dostałem całą masę maili z pytaniami o dalsze losy bohaterów.
Napisałem więc kontynuację opowiadania, która ukazała się tylko w Internecie w
zinie „Grabarz polski”.
A teraz powstała powieść. Rozwinięcie niektórych
jej wątków wymagało zapoznania się z branżową wiedzą z zakresu rozkładu ciała,
a także jego konserwacji. To chyba nie jest łatwa i przyjemna lektura?
- Robiąc research do
takiej książki można dostać niezłej fazy, naprawdę. Odkryłem, że jest to
niebezpieczne, kiedy dostałem genialną „Księgę żałoby i śmierci” Grube
tomiszcze, gdzie hasłowo opisana jest cała masa rzeczy z dziedzin
tanatologicznych. Byłem tak zafascynowany, że czytałem ją non stop, aż zacząłem
czuć się dziwnie.
Nie robił pan jednak
praktycznego researchu np. w zakładach pogrzebowych przy ul. św. Antoniego we Wrocławiu?
- Nie, wystarczą mi
teoretyczne materiały i spacery po cmentarzach z narzeczoną. (śmiech) Radzę
sobie z tym tematem dlatego, że nie jestem uzależniony od grozy. Czytałem całą
masę książek zajmujących się tanatologią, tanatopraksją, dalej je czytam, żeby
rozwijać świat powieści. Cieszę się, że jest tego tak dużo, ciągle mogę
odkrywać nowe rzeczy, i mam nadzieję, że dzięki temu czytelnicy nie będą się
nudzić w świecie śmierci.
Powieść „Decathexis” ma otwarte zakończenie.
Bohaterowie odlatują z Kirkegaardu, uciekając przed kapłanami kościoła Morii,
którzy przejmują władzę i ożywiają umarłych. To zapowiedź kontynuacji?
- Nie jest na książce
napisane, że jest to tom pierwszy. Nieśmiało wspomniałem o tym we wstępie. Absolutnie nie mam pojęcia, czy mój wydawca
zdecyduje na wydanie kontynuacji. Wszystko się może zdarzyć. Druga cześć
oczywiście powstaje. Jakieś 50 procent książki jest już gotowe. Dołożę
wszelkich starań by kolejny tom dostarczał jeszcze więcej rozrywki.
Zamierzeniem jest by były to horrory z domieszką powieści przygodowej.
Jest Pan redaktorem naczelnym czasopisma
„Lśnienie”, zajmującym się grozą. To pismo literackie?
- Dwumiesięcznik
ogólnopolski, wychodzący w nakładzie 10 tys. egzemplarzy. Można go dostać w
empikach, salonach in medio. Trzon redakcji znajduje się we Wrocławiu. Moi
studenci są bardzo mocno zaangażowani w jego tworzenie.
Chcieliśmy stworzyć pismo
grozy, które nie będzie tylko i wyłącznie o krwi i flakach. Podtytuł „kultura
grozy” nie jest przypadkowy. W każdym numerze znajduje się dużo tekstów
antropologicznych, które ocierają się o tanatologię. Można dowiedzieć się np.
dlaczego w kulturze zapach jest straszny, o symbolice krwi, o tym, czym straszą
nas koty itd. Poza tym piszemy o tym, co dzieje się na polskim i zagranicznym
rynku grozy. Zależy nam, by zadowolić fanów tego gatunku, a także pokazać, że
groza to nie tylko seria „Piła”.
Rozmawiała Agnieszka
Kołodyńska
fot. Michał Mucha
Do obejrzenia: 1. Filmowy Teaser "Decathexis", 2. Multimedialna recenzja ilustrowana pracami Agaty Cholewy