Widzę same pozytywy. Rozmowa z Gracjanem Szymczakiem, wrocławskim uczestnikiem Konkursu Chopinowskiego
-
Konkurs Chopinowski nie jest rodzajem sportu, gdzie ktoś skoczy wyżej czy dalej
i będzie lepszy. To, jak się potoczą
sprawy, nie zależy w stu procentach ode mnie, ale jestem dobrej myśli - mówi
23-letni pianista Gracjan Szymczak. Wrocławianin zakwalifikował się do I etapu
Konkursu Chopinowskiego i już w październiku zagra w warszawskiej Filharmonii
Narodowej.
Tymczasem
wrocławianie mogą go zobaczyć jeszcze na miejscu, bo w poniedziałek 20 września
o godz. 19 zagra w Akademii Muzycznej Koncert fortepianowy f-moll Fryderyka
Chopina z towarzyszeniem Awangardowej Orkiestry Akademii Muzycznej pod batutą
Roberta Kurdybachy. Ponadto pod koniec września planowana jest premiera
chopinowskiego albumu Gracjana Szymczaka. Płytę wyda Akademia Muzyczna.
Magdalena Talik: Gratuluję! Szczęśliwie przeszedł Pan eliminacje i w październiku zagra Pan w I etapie XVI Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina.Gracjan Szymczak: Dziękuję. Do I etapu zakwalifikowało się sześciu Polaków. Wszyscy dobrze się znamy się z konkursów i festiwali, to jednak wąskie grono pianistów. Teraz mamy przed sobą sporo wspólnych koncertów i wystąpień w przeróżnych miejscach. Niedługo wylatujemy do Paryża, ale będziemy także grali w Niemczech i Czechach.I nie ma między wami rywalizacji? Podczas poprzednich edycji Konkursu Chopinowskiego bywały sytuacje, że jeśli któremuś z pianistów z tzw. polskiej ekipy udało się wejść do finału pozostali zaczynali go ignorować.
Mentalność ludzi w ekstremalnych sytuacjach bywa różna. Gdyby udało mi się dojść do finału pozostałbym z kolegami w takich samych stosunkach jak dotychczas, czyli dosyć dobrych. Myślę, że pozostała piątka to zdolni ludzie, mający na swoim koncie wiele wygranych konkursów, doświadczenie. Cieszę się, że mogłem się znaleźć w nich gronie. Na razie widzę same pozytywy.Rozumiem, że na konkurs o tej randze jedzie się z przeświadczeniem, że się go wygra? Motywacja jest bardzo istotnym czynnikiem w podchodzeniu do konkursu. Ale trzeba mierzyć siły na zamiary i zdać sobie sprawę, że tam zjawi się grupa genialnie grających pianistów nie tylko z Polski, ale z całego świata. Tak więc szanse nie są wielkie, choć nie można też z góry zakładać, że się odpadnie. Z naszej strony, czyli wykonawców, należy skupić się na tym, aby rewelacyjnie zagrać, najlepiej jak się potrafi i tylko o tym myśleć. Oceny nie są zależne od nas. Mało tego, można rewelacyjnie wykonać utwór, a części jurorów nie przypadnie do gustu nasza interpretacja, mowa zwłaszcza o różnicach w stylistyce. Pamiętajmy jednak, że konkurs nie jest rodzajem sportu, gdzie ktoś skoczy wyżej czy dalej, będzie lepszy. W naszej artystycznej dyscyplinie nie jest łatwo oceniać. Do tej najważniejszej polskiej imprezy pianistycznej podchodzi Pan już drugi raz. Chce Pan ponownie popróbować sił?
Oczywiście, tym bardziej, że mieszczę się jeszcze w przedziale wiekowym i mogę startować po raz kolejny, choć mam wrażenie po raz ostatni. Zeszłym razem było w miarę udanie, udało mi się dojść do II etapu. Ostatnie pięć lat wykorzystałem na pracę pogłębiającą moje umiejętności, jeździłem na różne konkursy, dawałem koncerty i teraz z większym doświadczeniem będę podchodził do Konkursu Chopinowskiego. To, jak się potoczą sprawy, nie zależy w stu procentach ode mnie, ale jestem dobrej myśli, optymistycznie patrzę w przyszłość. Cieszę się, że udało się przejść przez eliminacje, ale to nie zwalnia z obowiązku wielkiej, powiedziałbym, że właśnie teraz największej pracy przez te pięć miesięcy, które mnie czekają. Mówi się, że Konkurs Chopinowski jest dobry dla bardzo młodych pianistów, którzy jeszcze nie zaistnieli, nie wyrobili sobie nazwiska. Pan jest już na studiach doktoranckich. Nie boi się Pan, że jeśli się nie uda będzie żal do siebie?Wspólnie z moim profesorem Grzegorzem Kurzyńskim wahaliśmy się czy powinienem ponownie podchodzić do konkursu. Mam jednak 23 lata i myślę, że to optymalny wiek, by startować. A zagrożenia, straty? Bałem się , aby nie odpaść w eliminacjach, ale teraz jest mi lżej. Do tej pory mam poczucie zadowolenia, a to dopiero początek. W zeszłej edycji byłem w półfinale i teraz chciałbym, aby było równie dobrze albo lepiej. Jeśli nie popróbuję, nie przekonam się. Do 30. roku życia nie tylko ja, ale wielu innych pianistów startuje, aby jeszcze osiągnąć sukces, który otwiera drogę do różnych sal koncertowych. Z czasem działa doświadczenie. Jeśli wychodzi się na scenę Filharmonii Narodowej w wieku 18 lat zdecydowanie go brak, ale też i presja jest mniejsza, bo kandydat to najczęściej nieznany pianista. Potem świadomość bycia obserwowanym wzrasta. Ile czasu zajmują przygotowania do Konkursu Chopinowskiego, bo z pewnością nie kilka miesięcy? Niektórzy zarzekają się, że lata.
Program jest olbrzymi. Cały repertuar to cztery etapy plus jeszcze eliminacje co daje kilka godzin repertuaru. Aby go opanować potrzeba czasu. Pracy nad wszystkimi utworami nigdy nie zaczyna się w jednym momencie. Ale spora ich część jest nam już dość dobrze znana, bo od wielu lat gramy je na koncertach. Pozostałe trzeba dopiero opracować. W moim przypadku to Polonez fantazja As-dur, Ballada g-moll, cztery mazurki z opusu 30 i Walc As-dur. Inne kompozycje gram dłużej, jak Scherzo b-moll- już pewnie z 12 lat. Cieszę się jednak, że mam przed sobą także nowe utwory, bo to da mi rodzaj pewnej świeżości w programie. Na dłuższą metę nie ma przyjemności w wykonywaniu wciąż tych samych dzieł.Czy profesor Grzegorz Kurzyński dał Panu przed Konkursem jakieś rady? Niekoniecznie muzyczne.
Przed wszystkimi konkursami robi dwie rzeczy. Pierwszą-ściska mi kciuki-to nasz specyficzny rodzaj komunikacji. Drugą-mówi, abym na scenie jedynie muzykował. To pomaga i pozytywnie nastawia do startu.W dodatku działa, bo na poprzednim Konkursie Chopinowskim dostał Pan nagrodę pozaregulaminową właśnie za szczególną muzykalność.
Rady mojego mistrza przekładają się na realne oceny różnych osób. Cieszyłem się z tej nagrody, bo dzieł Chopina nie da się wykonać bez szczególnej muzykalności. Trzeba je grać z serca płynącą szczerością. To jedyna recepta. Chopin jest dla Pana chyba postacią szczególną?To mój absolutny numer jeden wśród kompozytorów. Uwielbiam grać jego utwory, rozczytywać i uczyć się nowych, analizować. Cieszę się, że żyję w Polsce, ojczyźnie Chopina, że to nasz wielki rodak, genialny artysta. Ale wykonywanie dzieł Chopina do najłatwiejszych zadań nie należy. Pierwotnie nie wydają się wymagające, jak kompozycje Liszta, gdzie faktura jest bardzo gęsta, rozbudowana. W przypadku Chopina najtrudniejszy jest ostatni etap-interpretacji. Tu jest cała rola wykonawcy-co zrobi z tych stosunkowo prostych nut. Łatwo jest Chopina udziwnić, przekombinować. Wtedy może zginąć wyrafinowana prostota, najistotniejsza w jego muzyce. Nie ograniczył się Pan tylko do fortepianu, ale równolegle skończył Pan studia na Akademii Muzycznej także w klasie wiolonczeli. Jak można jednocześnie prowadzić studia na dwóch całkowicie odmiennych instrumentach?Praktycznie przez całe życie grałem na fortepianie i wiolonczeli, od czasów kiedy uczyłem się w szkole muzycznej w Wałbrzychu. Wszystko wyszło spoza mojej inicjatywy, bo na radzie wydziału postanowiono, że dla mojego pełniejszego rozwoju na próbę zacznę lekcję wiolonczeli. Przez pół roku złapałem bakcyla i miałem już dwa instrumenty główne. W gimnazjum nikt nie wierzył, że uda mi się równolegle zakończyć i fortepian i wiolonczelę, ale tak się stało. W liceum wszyscy łapali się za głowę, na studiach nie dawano szansy, twierdzono, że to fizycznie niemożliwe. Były nawet komentarze- będzie najlepszym pianistą wśród wiolonczelistów i najlepszym wiolonczelistą wśród pianistów. Czyli średni i tu i tu. Udowodniłem samemu sobie i niedowiarkom, że to wykonalne, a obydwa kierunki skończyłem z wyróżnieniem. Teraz rozpocząłem jeszcze studia dyrygenckie, aby znowu nie było tak łatwo. Mój profesor Marek Pijarowski potrafi grać na oboju, skrzypcach i fortepianie, więc mam do niego spore zaległości. A dlaczego muzyczną edukację zaczynał Pan w Wałbrzychu?
Urodziłem się we Wrocławiu, czuję się wrocławianinem, to moje ukochane miasto. Wałbrzych wziął się stąd, że mój tatuś był piłkarzem i został zatrudniony w klubie Zagłębie Wałbrzych, więc musieliśmy się przeprowadzić. Ale po 11 latach zdecydowaliśmy wrócić z powrotem do Wrocławia ze względu na mnie i moją siostrę, która także kształciła się muzycznie. W Wałbrzychu nie było dla nas perspektyw. Dorastał Pan w rodzinie z muzycznymi tradycjami?
Nie, natomiast zarówno moja babcia, jak i moja mamusia śpiewały proste, ludowe piosenki. I właśnie ten repertuar grałem ze słuchu, kiedy rodzice kupili elektryczne pianinko. Miałem wtedy 6 lat i tak mi się spodobało, że siedziałem przy nim od szóstej rano do dziesiątej wieczorem. Doszło do tego, że kiedy miałem pójść do szkoły powiedziałem rodzicom, że jeśli zapiszą mnie do innej niż muzyczna ucieknę z domu. Dziś śmiejemy się czasem, że szantaż się opłacił. fot. 1 Gracjan Szymczak/fot. z archiwum prywatnego Gracjana Szymczakafot. 2 Gracjan Szymczak/fot. z archiwum prywatnego Gracjana Szymczakafot. 3 Gracjan Szymczak przegrywa program przed występem eliminacyjnym na Konkursie Chopinowskim/fot. Agencja Napo Imagesfot. 4 Gracjan Szymczak przed wejściem do sali kameralnej Filharmonii Narodowej, gdzie odbywały się eliminacje/fot. Agencja Napo Imagesfot. 5 Gracjan Szymczak podczas występu przed jury Konkursu Chopinowskiego/fot. Agencja Napo Imagesfot. 6 Gracjan Szymczak po występie/fo. Agencja Napo Imagesfot. 7 Gracjan Szymczak w kuluarach Filharmonii Narodowej, w tle inny wrocławski pianista Piotr Szychowski, który nie zakwalifikował się, niestety, do I etapu/fot. Agencja Napo Images